<title_newspaper="Przekrój">
<title_article="Dobry znajomy">
<author_1="Antoni Czechow">
<language="pl">
<style="press">
<year="1954">
<month="9">
<date="1954-09-12">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
— „Nic z tego" — orzeka los w osobie mego... dobrego znajomego. Siedzę opodal ślizgawki na ławce pod ogołoconym z liści drzewem i rozmawiam z „nią". Chciałbym ją zjeść razem z jej kapelusikiem, futerkiemi nóżkami, na których lśnią łyżwy — tak jest urocza! Cierpię i zarazem przeżywam rozkosz! O, miłości! Ale, „nic z tego"... Obok przechodzi nasz „otwierajło i zamykajło", nasz Argus i Merkuriusz, ciastkarz i goniec, Spiewsip Makarów. W rękach trzyma czyjeś kalosze, pewnie dyrektorskie. Spiewsip salutuje mnie i, patrząc na mnie z rozczuleniem i miłością, zatrzymuje się tuż przed ławką. — Zimno, panie sze... sze... szefie... Możebym tak coś na piwko! Che-che... Daję mu dwadzieścia kopiejek. Ta uprzejmość wzrusza go do łez. Gęsto mruga powiekami, ogląda się i mówi szeptem: — Bardzo mi pana szkoda, panie szefie!... Strasznie szkoda! Całkiem jakby pan był moim synkiem rodzonym... Złoty człowiek z pana! Serdeńko ty nasze! Dobroci anielska! A taki cichutki! Jak to wczoraj „on" — dyrektor znaczy się — napadł na pana — to takem się martwił! Bogiem się klnę! Myślę sobie, za co on go tak? I leniu i młokosie, i wyrzucę na zbity łeb, i to i tamto... Za co? Jak pan wyszedł od niego, to całkiem panu się twarz zmieniła. Jak Boga kocham. Aż żal było patrzeć... Ja tam zawsze mam współczuwanie dla urzędników! I zwracając się do mej sąsiadki. Spiewsip dodaje: — Całe nieszczęście, że pan się całkiem nie wyznaje na tych papierach. Te umysłowe papiery to jakoś panu nie udają się... Lepiej byłoby, żeby pan się do handlu sposobił... albo na osobę duchowną.. Jak Boga kocham! Bo to żądny papierek panu się nie uda...
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
